„Gdy rękę trzymałem na Twoim kolanie”. Czyli rzecz o kontuzji. I „żegnaj lato na rok”.

„Gdy rękę trzymałem na Twoim kolanie”. Czyli rzecz o kontuzji. I „żegnaj lato na rok”.

Odnoszę wrażenie, że wykres roczny na mojej Stravie przypomina kardiogram osoby, która przechodzi czwarty zawał w ciągu pół roku albo przedstawia statystyki bardzo chwiejnej waluty kraju, który raz napada inne państwo, a potem to jemu wywołują wojnę. Zawsze bowiem kiedy pokonuję różne trudności i brak czasu i już witam się z gąską, której na imię 500 watt, już mam za sobą kilka miesięcy fajnej jazdy, a na moich nogach pojawiają się mięśnie, to coś musi się spier… Zepsuć.

Dwa i pół miesiąca miłej jazdy w Hiszpanii. Po terenie względnie trudnym, gdzie płaskiej drogi było 200m, z czego 100 na bulwarze z zakazem jazdy. Pewnie dlatego na segmencie mam dopiero drugie miejsce, bo traktowałam tam rower jak hulajnogę, by w razie kontroli przez miejscową staż miejską, udawać, że to nie rower, a wspomniana hulajnoga przekreślona przecież nie była. Dużo jadłam, dużo spałam, dużo leżałam na kocu, patrząc w morze, dużo odpoczywałam w inny sposób i dużo czytałam o zdrowym podejściu do sportu i i jeszcze zdrowszym podejściu do życia. W międzyczasie spędzałam miło czas, humor, oprócz paru tąpnięć i tęsknoty za Freddim, miałam zazwyczaj dobry. Poza tymi rozrywkami, na hiszpańskiej prowincji siłowałam się z pedałami, robiłam zdjęcia i patrzyłam na rosnące watty oraz coraz ładniejszą i bardziej brązową nogę. Spełniałam swoje wieloletnie marzenie o uciekaniu przed zimą. Czy można chcieć czegoś więcej? Pewnie tak: może nawet zmusiłabym się do wykonania testu FTP, tylko po to, by patrzeć na cyferki i myśleć o tym, że teraz to mogę owinąć sobie swojego jamnika na szyi, jak szal z lisa i razem ruszać w długie trasy, by pokazać mu gdzie rośnie najfajniejsza trawa i bawić się z nim na jakichś nowych łąkach. Daleko od domu. To, co blisko, już znam. A przecież to był dopiero1 kwietnia, gdybym kontynuowała rozsądną, nieczęstą jazdę i dobre odżywianie, to swoją ulubioną trasę dookoła Tatr obleciałabym tak szybko, że wszystkie zdjęcia z niej byłyby rozmazane, ale wjechałabym w każdą nową drogę z boku, bo miałabym na to czas i tam zrobiłabym zdjęcia, których jeszcze nie ma. Nie ukrywam, powrót siły, i to zdobytej w przyjemny sposób, a nie na trenażerze, czy w śmierdzącej siłowni, był dla mnie czymś w rodzaju odnalezionego świętego Gralla. Ach, gdzie to ja miałam nie jechać! I z kim! No wszędzie. Tylu planów nie miałam chyba nigdy. W dodatku one wszystkie wyglądały bardzo realnie.

Wróciłam do domu. Nie wiem czy stworzę post o tym jak to jest wrócić do Warszawy. Często przed snem piszę go w myślach. Nigdy nie zapisuję. Przecież chcę zasnąć. Niby szkoda, bo przed snem tworze najciekawsze zdania i najznakomitsze, homeryckie porównania, z których sama się śmieję. Blog ma być jednak o magii kolarstwa, a nie o braku magii dziadostwa, negatywnych skutkach negatywnych rzeczy, jak i również o poznawaniu jeszcze mniej pozytywnych ludzi, z których niektórych mijacie na ustawkach, a jedna nawet odnalazła mnie 3 tys km od domu, by dalej zatruwać życie, które przed 2,5 miesiąca, z dala od domu, zatruwane nie było. W każdym razie, maj i czerwiec chyba przespałam. Realnie, nie w przenośni. Duży udział miała w tym na pewno niemalże kompletna niemożliwość jazdy rowerem i ograniczona zdolność chodzenia gdziekolwiek. Okazuje się bowiem, że bez roweru życia to jednak nie ma. Albo jego jakość dorównuje klasie dwunastoletniego Daewoo Tico. Odkryłam również jak mało osób znam spora świata dwóch kółek.

Początki są miłe. Nawet Warszawa mówi, że miło mnie widzieć. Dermatolog też pewnie chętnie by mnie zobaczył.


Nie wyglądam jakoś blado (haha), ani, pomimo tysiąca hiszpańskich lidlowskich muffinek, grubo, jest wiosna, jest ciepło. Jestem pewna, że to będzie najfajniejsze lato dekady. Czego chcieć więcej?
Ale to jeden z ostatnich uśmiechów. I nie tylko dlatego, że potem założyłam aparat.


Na pierwszej jeździe w Warszawie naderwałam więzadła w obu nogach. Przejechałam jeszcze powoli po mieście, by przypomnieć sobie jak ona wygląda i nieco obolała wróciłam do domu. Wyszłam jeszcze parę razy pojeździć, niestety wykorzystując zdobytą siłę, więc i zwyczajnie pojeździć zbyt szybko. To tylko pogłębiło uraz, który podstępnie raz bolał, a raz nie. Może wizja zdobycia QOMa na nowej drodze działała przeciwbólowo. Uznałam, że to zwykłe przeciążenie. Tylko, że przeciążenia mijają. Z resztą, ja w Calpe jeździłam najwolniej jak się da i robiłam dużo przerw (tak strasznie bałam się przetrenowania i kontuzji… przecież miałam plany na zdobywanie szczytów przez cały rok z Tour de France na czele). To nie mogło być tylko od gór.

Początki dalej są miłe. Jeździmy nad jeziorka, pijemy kawkę. Rozmawiamy o planach wyjazdowych. Nic nie zapowiada nadchodzącej katastrofy.

Raz mogę iść na szosę z kimś naprawdę wyjątkowym! Kto przynosi mi kwiaty i prezenty! (na zdjęciu widać, że trochę niepotrzebnie, bo mam takie same, tyle, że sztuczne i już w wazonie…)

W moim mieszkaniu mieszkają znowu cztery rowery i jest tak miło… Przez jeden dzień.

Pokazuję jej więc pełne kasztanów (i to różowych!) ulice…

I to jaka pusta jest Warszawa w niedziele.

Znowu myślę, że to będzie piękne, ciepłe lato.
Które spędzę zupełnie nieoczekiwanie sama, ale na tę chwilę jestem pod wpływem euforii ponownego przebywania z Freddim i nic mnie nie obchodzi!

Zaraz zaraz… przecież jest kwiecień. Kwiecień to wiosna. Do lata mnóstwo czasu. Zagoi się! NA PEWNO.

Pierwszy szpital. Nic pani nie jest.
Drugi szpital. Obrzęk. Zapalenie. Przeciążenie. Proszę odpoczywać.
Lekarz prywatny numer trzy: zapalenie więzadła czegoś tam. Zalecił fizjoterapię. Lekarz, USG plus 20 różnych zabiegów. Gentlemani podobno o pieniądzach nie rozmawiają, więc pójdę za ich przykładem, i nie podam kwoty.

Minęły już 3 miesiące. Jest lipiec. Odpoczywanie okazuje się zaleceniem mało doskonałym. Rozsyłam USG do różnych znajomych, którzy znają różnych lekarzy. „Nic nie widać”, „masz zerwane więzadła” (czy jedno i to samo badanie może wskazywać na dwa tak różne stany?), „chondromalacja stawów, proponuję zastrzyki x ileś razy ileś tam złotych razy jeszcze więcej miesięcy”. No już lecę.

Pomimo wszystko, staram się jeździć chociaż czasami. I czekam aż wymyślone „przeciążenie” się odciąży. Stoję na mostku, na którym byłam podczas Festive500 w 14 dodatkowych warstwach ubrania. Festive500 realizowanym z uporem maniaka. I do tej pory nie wiem dlaczego Rapha tak strasznie mnie potraktowała i nie przysłała naszywki 🙁 🙁

Jestem fotografem. Fotograf oprócz tego, że siedzi przy komputerze i obrabia zdjęcia, musi je jeszcze zrobić, czyli sporo się nachodzić i to z jakimś pancernym sprzętem. A ja mam problemy z wyjściem z psem na rundę dookoła bloku. Ciągle ktoś pisze: jedziesz z nami w x, y, z? Tatry, Alpy, Pireneje? Nie. Świętokrzyskie? Nie. Idziesz na szosę wieczorem? Nie mam siły. Idziesz gdziekolwiek? Nie dam rady. Głównie leżę w łóżku i popadam w coraz głębszą depresję. Rozmawiam tylko z kurierem, jak przynosi paczki. Reszta to zbyt duży wysiłek. Czuję się jakby mi ktoś nalał betonu w buty. Każdy dzień pamiętam tak, że budzę się, widzę poduszkę, włączam komputer, obrabiam zdjęcia, idę się zdrzemnąć (te dwa ostatnie powtarzam tak z 5x na dobę) a potem jest wieczór, więc kładę się w dokładnie to samo miejsce na tej samej poduszce i z trudem zasypiam. Są osoby, które mnie rozumieją i wspierają miłym słowem (mogłabym wymienić Was z imienia, ale przecież i tak wiecie, że chodzi o Was). Reszta: „wmawiaj sobie więcej, to dopiero będziesz chora”. Plus te wszystkie inne wskazówki z internetu, które są zatytułowane: „czego nie mówić osobie z depresją”. Po kilku nieudanych próbach, w końcu dostaję, dawkę w prawdzie dość końską, ale odpowiedniego leku i mogę: wstać o 8, pracować cały dzień, iść spać o normalnej porze i zasnąć wieczorem. Czuję się jakbym dostała nowe życie albo właśnie wylazła z dna piekła na kwiecistą, słoneczną łąkę, gdzie czeka kosz piknikowy z kanapkami z nutellą. I choć mój stan jest dalej bardzo zły, to fizjologicznie zaczynam przypominać człowieka. Ogromny kontrast. I nie. Nie jestem na zwolnieniu. Przy własnej działalności nie ma czegoś takiego. Do szpitala też nie można iść, bo zlecenia uciekają. A ja skierowań do szpitala dostałam całe 3 od 3 niezależnych lekarzy. Przy okazji, co jest ogromnym plusem, moja kreatywność rośnie i sesje, które wykonuję są ładniejsze jedna od drugiej. Na pytanie: „co u Ciebie?” lub „jakie masz plany na wakacje?” reaguję milczeniem, bo za mocno trzęsie mi się broda. A lato tego roku jest najładniejszym latem, jakie pamiętam w całym swoim życiu. I to ze średnią temperaturą pewnie jakieś 30 stopni. Idealne warunki na leżenie pod kocem przy włączonym wiatraku. Prawie jak na leżaku nad basenem z drinkiem w ręku i jakąś fajną osobą przy boku.

W przypływie chęci łapania się ostatnich pozytywów jadę rowerem pod moją byłą pracę, do której przyjeżdżałam jeszcze na mtb i stawiałam go właśnie tu. I cieszę się, że od  4 lat nie muszę do niej chodzić, tylko pracuję dla siebie.

Jest sierpień. Myślę o tych zachodach słońca, na które zawsze patrzyłam jadąc rowerem sama albo z kimś. O wyjazdach w góry. O chodzeniu na piwo. O bieganiu z psem po parku. O tym, że nie pojadę już na maliny, bo dawno się skończyły. I o tym wszystkim, czego nie mam. Czy zdążę na jabłka? Dalej rozsyłam informację o poszukiwaniach dobrego lekarza sportowego. Doznaję olśnienia i przypomina mi się, że znam byłego fizjoterapeutę Mai Włoszczowskiej. Mariusz jest fantastycznym człowiekiem. Miły, dowcipny. Śmialiśmy się razem już nie raz. Tym razem mu mówię, że humor mam kiepski i by się nie zdziwił. Odpowiada, że „ty nawet jak jak powiesz coś ponurego, to jest to zabawne”. Wspólnie dochodzimy do wniosku, że w nogach mam naciągnięte kompletnie wszystko, łącznie z nerwami i pewnie skórą. Mariusz robi dość dziwne rzeczy z moimi, pobladłymi już, kończynami, ale pod koniec wizyty i po oklejeniu wieloma metrami taśmy, PRAWIE NIC MNIE NIE BOLI. Mam ochotę uściskać wszystkie osoby w autobusie. A przy okazji strzelić siebie w łeb, że nie wpadłam na to wcześniej, by tu przyjechać.

Ale… to nie koniec. Doznaję kolejnego olśnienia! Przecież przed pierwszą jazdą pewna mądra głowa poleciła mi obniżenie kierownicy o jedną podkładkę. Podobno nie jest głupi ten, kto mówi, a ten, który go bezrefleksyjnie słucha. Czuję się więc jak skrajny debil. Bo obniżyłam. To tylko 3mm, nic mi nie będzie. Nie jechało się wygodnie. Po powrocie zmieniłam ustawienia na stare. To wspomnienie kieruje mnie ponownie Wojtka Marcjoniaka od fittingu. To bardzo mądry człowiek. Na pewno coś wymyśli. A jak nie to podtrzyma na duchu. Jest chyba szczerze przejęty tym, że od tylu miesięcy nie jeżdżę rowerem, a wizyta u niego jak zawsze przesympatyczna. Wojtek i Mariusz to jedne z najfajniejszych osób, jakie kiedykolwiek poznałam w kolarstwie. Ustawiamy bloki, zmieniamy nieco wysokość siodełka, pomimo, ze rower był fittowany 2 lata temu (i do czasu obniżenia kierownicy nic mi się nie działo z NICZYM… a zmiana siodełka odmieniła moje życie). Zaczynam jeździć. Uczucie, które mi towarzyszyło po pierwszej przejażdżce bez koszmarnego kłucia, nie jest możliwe do opisania słowami ani nawet obrazkami.

Historia kolan miała dużo innych wątków i dziwnych zakrętów. Może kiedyś do nich wrócę.

Rada. Róbcie fitting. I nie zmieniajcie NIC w nim, „bo Wam się tak wydaje” albo ktoś Wam powie, że macie mało aero pozycję na rowerze czy krzywe nogi i gruby tyłek albo zeza. W ogóle rad ludzi, którzy nie są specjalistą w żadnej dziedzinie nie warto słuchać NIGDY. A w kolarstwie, dietetyce czy medycynie to już na 200% NIE. Jeśli kiedykolwiek wybierzesz się na kilkanaście tygodni w góry, to pamiętaj, że nogi przyzwyczajają się do jazdy w korbach i kolano przesuwa do przodu, a Ty nie tak wcale dużo siedzisz na siodełku (no chyba, że masz kasetę 36, a góry, do któryś się wybrałeś to Wyżyna Lubelska). Na płaskim siedzisz prawie cały czas. Jeśli za wysoko, a lub/i kierownica będzie za nisko (nawet te 3mm!) to naciągniesz WSZYSTKO. I zmarnujesz kupę czasu, jeśli nie będziesz wiedział co właściwie Ci dolega.

Po 5 miesiącach bez jazdy oczywiście kondycji za bardzo nie mam, choć myślę o niej ciepło. Za to pozostała mi wyobraźnia, fantazja i miłość do roweru, dzięki której mogłam spędzić fajny tydzień w Kotlinie Kłodzkiej i nawet jako tako zgrabnie tam jeździć! Gdyby ktoś spojrzał z boku, na pewno nie domyśliłby się, że tyle czasu nic nie robiłam, a i ja sama nie mogłam w to uwierzyć, że nie spadam z roweru. Choć raz po 50 km musiałam iść od razu spać…

Jest wrzesień. Wspólnie z Gracjanem z Calpe planujemy już kolejną zimę. Spędziliśmy wiele godzin w Kotlinie na myśleniu gdzie w Andaluzji znaleźć podgrzewany basen. Miejsce na sztycy, tam gdzie ma wychodzić ona z rury podsiodłowej chyba wygraweruję na złoto przed wsadzeniem roweru do auta czy samolotu. Ogólnie czuję się lepiej, a myśl o bieganiu z Freddim po hiszpańskiej plaży napawa optymizmem.

Tymczasem okazuje się, że zachody słońca dalej istnieją! I wracają także do mnie. W ogóle okazuje się, że istnieje samo słońce!

A ja, wiedząc, że jest moc do odzyskania, siedzę i uzupełniam kalorie 🙂 🙂 do ciasta muszę śmiać się wewnętrznie, bo przecież mam aparat. Podobno naprostuje mi szczękę w x lat. A potem dwa wypadu na mtb i po leczeniu haha

I jeszcze jedno: nie słuchaj się typowych „wujków dobra rada”.
I drugie: utrwal powyższe zdanie.
I nie śmiejcie się z ludzi „inwestujących” w Amber Gold, bo to tylko przedsionek głupoty.



Polub stronę na Facebooku i bądź na bieżąco z nowymi wpisami i zdjęciami :)

 


7 komentarze do “„Gdy rękę trzymałem na Twoim kolanie”. Czyli rzecz o kontuzji. I „żegnaj lato na rok”.”

  • Wszedłem, zacząłem czytać… Tysiące słów o niczym. „Pi…nie o szopenie”. Kolejny blog o niczym lub tym samym co w dziesiątkach innych. Przysypiam… budzę się, piszę ten komentarz i znikam. Na zawsze.

    • Szymon czy Marek – bo tak według wyszukiwarki IP masz na imię. Myślę, że osobom, którym brakuje odwagi, by podpisać się choćby imieniem, ciężko dogodzić w czymkolwiek. Chętnie jednak zapoznam się co sam masz ciekawego do powiedzenia i gdzie te treści przetrzymujesz. Dla ścisłości: pisze się Chopin, a nie szopen. O ile treści miałkie czyta się faktycznie bez radości, to te z rażącymi błędami jeszcze gorzej. Pozdrawiam Śląsk.

    • Romku, Twoja niemerytoryczna opinia jest dla nas wspaniałą podkładką, by też o Tobie więcej nie myśleć 🙂 Papatki! Ps. Maffashion nie jest już z Czarkiem, może lektura na pudelku bardziej Cię wciągnie 😉

    • Typowy negatywny i pusty komentarz.

      Rozumiem, że nie każdemu może się podobać ten blog, ja akurat z przyjemnością czytam Kamilę. Na pewno można coś poprawić, zatem Romku – co zrobić by według Ciebie blog był o czymś a nie o niczym? A może po prostu Ty nie lubisz takiej tematyki a interesuje Cię inna? Albo znasz lepszy blog o kolarstwie, który mogą czytać laicy jak ja? Chętnie przeczytam to co byś doradził. Chyba, że twoim zajęciem jest tylko pusta krytyka, jak to nazwałeś „takie pier*** o niczym”, byle napisać coś negatywnego. Tacy ludzie też istnieją.

      Haters gonna hate jak to było w jednej piosence. Kamila – pisz dalej bo przyjemnie się czyta.

    • No i bomba, że Romku uciekasz, a z drugie strony szkoda, bo chyba nie do końca rozumiesz sens bloga. Twój umysł jest jak matematyka, ścisły, ograniczony wzorami, wynikiem i tyle. A blog Kamili to tak naprawdę jest jak język polski, ale nie ortografia i gramatyka, ale jak literatura połączona z psychologią okraszona przy tym naprawdę pięknymi i niebanalnymi zdjęciami. To nie jest komiks, gdzie są obrazki i parę dialogów, to nie jest blog, który ogląda się poprzez szybkie scrollowanie myszką. To jest blog, do którego weź sobie kawę, ciacho i poświęć kilka minut, żeby przeczytać i zrozumieć, co autorka miała na myśli. To jest jak miłość, a nie jak kilka szybkich ruchów ręką, bo coś czuję, że tym komentarzem optujesz Romku raczej za tą drugą opcją. Takie czasy, ja to rozumiem, więc nie zamęczaj się tylko idź tam gdzie Ci pasuje.

  • Dla mnie to nie są tysiące słów o niczym. Znam Kamilę i czasami jeździmy na rowerach razem. Ciekawie jest przeczytać co myśli i przeżywa, bo na żywo nie zawsze jest czas pogadać. Dzięki blogowi na spokojnie dzieli się z nami swoimi odczuciami i przeżyciami. Ja czekam na kolejne wpisy i zdjęcia inne niż rozmazane selfie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *