Dlaczego nie piszę nic o Andaluzji

Dlaczego nie piszę nic o Andaluzji

Jak za pewne wszystkim wiadomo, a przynajmniej tym, którzy odwiedzają mojego bloga i Instagrama (można oczywiście zacząć obserwować https://www.instagram.com/cyclingmagic), od początku stycznia jesteśmy w okolicach Malagi. Liczbę mnogą słowa „być” utożsamiam tu z moim kolegą Gracjanem, przynależnym do mnie jamnikiem, szosą, testowym mtb i dwoma rowerami wspomnianej osoby.

Powodów mojego milczenia jest całkiem sporo, jednak za najważniejszy i najbardziej kluczowy mogę uznać to, że zwyczajnie nie nudzi mi się tu tak mocno jak codziennie w Calpe, kiedy przez te 78 dni siedziałam rano, po południu i wieczorem sama na murku przy plaży, zmuszając się do czytania książek. Traktowały one głównie o radzeniu sobie z samotnością, samotną podróżą i zmuszaniu umysłu do pozytywnego myślenia. Żadnej książki nie przeczytałam do końca, jednak mindfullness jako jedyne z tej grupy nie wydawało mi się na tyle głupie, by rzucić tym zlepkiem kartek w piach. Staram się stosować tę filozofię do dziś.

Rok temu z powodu koszmarnych nudów chodziłam codziennie każdą z dwóch dość długich plaż, tylko po to, by posłuchać muzyki i zabić czas. Byłam pewna, że tragiczne wydarzenia życiowe już się skończyły, a ta pusta plaża służy do nabrania nowej odporności, opalenizny na posiniałej skórze, popatrzeniu na statki, które uwielbiam, a po powrocie do domu najzwyczajniej w świecie będzie już normalnie i lepiej, jak po odwiedzinach w uzdrowisku. Bo przecież wszystko udało mi się przeżyć, trochę wyzdrowiałam, wróciłam do roweru, poznałam kilka osób, z którymi dobrze się czułam i mogłam przy nich być zupełnie sobą, a to niezwykle rzadkie. Takie swoiste odbicie się od skandalicznie mulistego dna nastrajało pozytywnie, a co za tym idzie, zwyczajnie w świecie miałam wenę. I zazwyczaj nikogo do porozmawiania, więc wszystko (no prawie) co pomyślałam przelewałam na papier, lub jak kto woli, wstukiwałam w klawiaturę siedząc przy elektrycznym grzejniku w trzech swetrach z winem za 2 euro pod ręką. Jak to ujęła moja wieloletnia przyjaciółka Barbara: „prawdziwy artysta żyje i tworzy w biedzie i chłodzie”. Potem nauczyłam się włączać klimatyzację na ciepły powiew i mój komfort życia bardzo wzrósł.

W Calpe byłam zadowolona, że spełniam swoje marzenie, nie umieram z braku słońca, nie duszę się smogiem, ale przede wszystkim przyjmowałam z różnych stron wyrazy zachwytu i gratulacje, że to dobrze wciąż o siebie walczyć, nawet jak wygląda to trochę tak jakbym siedziała na gruzowisku swojego domu i malowała paznokcie hybrydą i to w jakieś skomplikowane wzorki. Mój umysł potrafi bowiem wytworzyć coś tylko w dwóch kompletnie odmiennych od siebie stanach. Wtedy kiedy, jako pasjonat wielu zjawisk, ale i rzeczy najdrobniejszych, wpadam w ekscytację nimi lub w formie zupełnie odwrotnej, czyli w kompletnym smutku. Zakładam, że większość osób, która tworzy coś osobistego, emocjonalnego, opartego na przemyśleniach, wyobrażeniach może mieć podobne spostrzeżenia w temacie swojej działalności. U mnie dotyczy to pisania. Zrobić miły dla oka reportaż lub sesję zdjęciową potrafię zarówno z grypą, wstrząśnieniem mózgu, w kompletnym znudzeniu, obojętności wobec wszystkiego, ale i w stanach powszechnie uważanych za szczęśliwe. Może dlatego, że samo wzięcie aparatu do ręki już mnie pociesza, a oglądanie wyników tej pracy wpędza w najprostszą, szczerą radość. Dlatego też kiedy ktoś pyta czym zajmowałabym się gdybym nie musiała chodzić do pracy, odpowiadam, że pewnie robiłabym zdjęcia i zajmowała zwierzętami.

Zeszłoroczna tragiczna tęsknota za jamnikiem, który został u rodziców w Warszawie, i pierwsze w życiu opuszczenie domu na aż tak długo, stworzyło ze mnie kogoś na kształt werterycznego literata, który chadza po skałach (tych przy bulwarze nie brakowało) w czarnym, rozpiętym płaszczu, w którym nawet nie było zimno, choć pogoda była fatalna, gdyż burza myśli w głowie ogrzewa cały organizm. Malować nie potrafię, więc starałam się coś tam pisać. Teraz tęsknię nieco za moją nową, malutką siostrzenicą, miękką kanapą i jasnym wystrojem mojego mieszkania, sąsiadką, z którą bardzo lubię dyskutować na skomplikowane tematy, paroma koleżankami, ale znoszę to już lepiej. Może dlatego, że udało mi się pojechać do domu na 4 dni. I nie jestem tu sama.

Pewne rzeczy tworzy się jedynie w samotności. Część myśli przychodzi do głowy tylko w określonych momentach. Jakaś porcja z tego zostaje, a reszta, jeśli nie będzie zapisana, zwyczajnie umyka z pamięci. Obecność pieska i kolegi daje możliwość ciekawszych spacerów i rozmowy z kimś przy winie. Wiedząc, że w Warszawie czekają na mnie tysiące godzin przy komputerze, nie mam do końca ochoty go włączać. Szczególnie, że rzeczy zawodowe, poszukiwanie pracy i obsługa dwóch instagramów zajmuje i tak za dużo czasu przy elektronice, jak na coś, co ludzie nazywają urlopem.

Od zeszłorocznej zimy poznałam sporo osób, które wykazały się , delikatnie mówiąc, wyjątkowo słabą lojalnością albo zwyczajnie byli w moim mniemaniu ludźmi o bardzo złej energii. W sieci hejt coraz bardziej rośnie w siłę, kierowcy jeszcze mocniej nienawidzą rowerzystów, a rowerzyści głośniej na nich klną niż wcześniej. Wszyscy przeciwko wszystkim, skrajne podziały, zawód wieloma osobami, rozmowy oparte na obraźliwych argumentach ad personam, krytyka tylko po to, by komuś zwyczajnie dowalić i ulżyć swej frustracji, czy też teksty w stylu: „jak można siedzieć tyle w Hiszpanii i się nie ścigać”, „po co jej drogi rower, jak nie umie jeździć”, „jak można sobie kupić jamnika” i wiele innych złotych myśli mocno zniechęca do rozmowy z kimkolwiek, a co dopiero do napisania czegoś od siebie, co będzie skierowane do wszystkich, którzy mają podłączenie do internetu, ale mainstreamowe już nie jest.

Blog ten zawsze był mieszanką moich wspomnień, przemyśleń, przygód, śmiesznych lub zwyczajnie durnych anegdotek, czyli wrażliwości i doskonałej pamięci mojego umysłu. Czyli wszystkim tym, czym nie jest jałowe opisywanie wyścigów i to równoważnikami zdań, gdzie i tak w komentarzach padnie określenie „ale dzban, jak można mieć Gianta”, choć w tekście zapewne tematem było coś innego. Podobno ludzi o wysokiej wrażliwości układu nerwowego jest w świecie około 15 procent. Mi udaje się takie osoby od razu wyczuć i wynaleźć z tłumu, co często owocuje ciekawymi przyjaźniami. Jedna szósta populacji to jednak i tak niewiele, więc pisanie bloga miało mi zwyczajnie pomóc w poznaniu osób, którzy myślą podobnie jak ja i jeśli razem pójdziemy na kawę czy rower, to stworzą przestrzeń i zachęcą mnie do rozmowy o kształcie chmur, sensie drukowania zdjęć czy zwracania miast ludziom, a nie samochodom. Częściowo się to udało. Proces trwa nadal i dalej odbieram miłe maile, w których CI DO KTÓRYCH TREŚĆ JEST KIEROWANA, piszą, że są podobni i chętnie się zapoznają tu lub gdzieś kiedyś w świecie. Reszta, jak to reszta, uzna, że ktoś jest nienormalny i na tym kończy się ich niezwykle dużo wnosząca i przemyślana opinia. Ciężko jednak powiedzieć, że człowiek się tym nie przejmuje, kiedy ktoś wyzywa Cię od (cytuję) „ku…ew z instagrama”, „chorych psychicznie mimoz” lub zwyczajnie mówi, że jesteś „pierd….ta” albo, że „piszesz tak fatalnie, że liczne błędy są brakiem szacunku dla czytających”. Nie wiem czy do końca jest mi to potrzebne, szczególnie, że osoby oceniające (tzn. obrażające) nie są dla mnie autorytetem w żadnej dziedzinie. Nienawiść zrobiła się zbyt modna, a nienawidzący wszystkiego i wszystkich zbyt odważni do podpisywania się swoim imieniem i nazwiskiem pod wyzwiskami, których treść wskazuje na liczne braki w klawiaturze lub/i kulturze.

Nie przeżywam tu wielkich przygód. Nie ma ze mną moich znajomych, choć na szczęście część niedługo przyjedzie. Na chmurach zna się mało osób. Wszędzie jest zwyczajnie ładnie i klimatycznie. Każdy podjazd jest warty podjechania, asfalt wszędzie równy. Kawę podają ciepłą. Rosną super rośliny, Freddie kopie głębokie dołki, a pogoda nie płata żadnych figli, bo jest cały czas ciepło i słonecznie. Oprócz wielu niemiłych sytuacji osobistych, które raz na zawsze skasują we mnie chęć wyjeżdżania gdziekolwiek z kimś nieznajomym, jest tu po prostu sympatycznie, przyjemnie, sielsko, wiejsko, zielono, górzyście. Czyli nie ma skrajności. Nie ma miejsc, gdzie zrobię zdjęcie czy trasę życia, ale też żadnych sensacji.

Odpoczywamy sobie i korzystamy ze słońca. Jeżdżę mało, ale średnio mi to przeszkadza. Sporo leżę na piasku i trawie, ciesząc się z kontaktu z naturą. I to ciepłą, niemalże letnią jej wersją. To wszystko to sprawy mało medialne. Może oprócz tekstu, który już rozgrzebałam myślami, czyli o pewnym ograniczeniu roweru w moim życiu i powrocie do normalnej pracy po 5 latach. Teraz będziemy sami w domu przez jakiś czas, więc pewnie zaszyję się na którymś z tarasów i dokończę niedokończone i rozgrzebane wpisy, które jak na tę chwilę, nawet nie mają liter, tylko gdzieś kotłują się w mojej głowie. Został jeszcze ponad miesiąc wyjazdu. Mam nadzieję, że ta część będzie lepsza, bo w końcu przyjeżdża do mnie ktoś bliski i ruszamy również na zwiedzanie prawdziwych must have Andaluzji. Bo o treningu jest wiele innych blogów. Ten nie. Tu napiszę ewentualnie o rosnącej niechęci do sportu amatorskiego i porównanie Andaluzji z Calpe.

P.S. A… zapomniałabym… Canyon Exceed jest rowerem testowym. A powrót na mtb po kilku latach to treść na pewno dla mnie bardziej znacząca niż to czy trzeba zjeść 4 czy 8 gramów białka z kurczaka czy sera.

Przede mną dużo pisania… szkoda, że laptopa nie sposób zabrać na plażę.



Polub stronę na Facebooku i bądź na bieżąco z nowymi wpisami i zdjęciami :)

 


3 komentarze do “Dlaczego nie piszę nic o Andaluzji”

  • Cóż, branie udziału w życiu publicznym, choćby wirtualnie, wymaga gruboskórności, natomiast pisanie ciekawych, osobistych tekstów wymaga wrażliwości. Trudno to pogodzić.

  • Brak częstych wpisów może oznaczać albo, że jest bardzo źle, albo jak to pięknie odpisałaś jest właśnie dobrze. Jeżeli ja się nie nudzę to też od razu jestem mniej aktywna w sieci. Zeszłoroczny wyjazd dał dużo do myślenia również twoim czytelnikom. Ja nie jestem pewna czy mogłabym wyjechać sama na tak długo, ale w pewnym okresie swojego życia miałam podobne przemyślenia. Super się czyta, że teraz jest lepiej i że jamnik tym razem Ci towarzyszy. Czekam na kolejne teksty o życiu a nie o porcjach białka. Tak trzymaj!

  • Hmm, tak trochę jakby i o mnie… Nie wiem czy nie jestem w tym 15%🤔 Niedawno zaczęłam prowadzić bloga, którego jednym z celów jest poznanie jak najwięcej wartościowych ludzi:)

    Bardzo ciekawy blog, o rzadko spotykanych przemyśleniach😊

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *