Calpe – zmagania z kuchnią

Calpe – zmagania z kuchnią

Do wpisu tego typu zainspirowała mnie podstawka-dostawka pod „mini oreo ice cream” podawana w Morairze, do której pojechałyśmy drogą, nawet jak na kobiety, dość okrężną, by potem jeszcze nadrobić kilka kilometrów, bo nigdzie nie było miejsca na słońcu (z widokiem na morze), a zaproponowana przeze mnie kawiarnia okazała się zbyt trudna do znalezienia (nawet po drugim zawróceniu), przy czym powiedzmy sobie szczerze: Moraira, choć tak wygląda, to nie jest areał „losanheles”. To nie jest nawet Otwock. Ale… ad rem do brzegu.

Z kolarską kuchnią poza domem jest różnie (z całym kolarstwem też… JEST RÓŻNIE :)), zwłaszcza jeśli jesteś leniwym beztalenciem i musisz jeść na tzw. mieście. Ciężko może być szczególnie tym, którzy jak przytyją pół kilo to zaczynają wyglądać jak w 5 miesiącu bliźniaczej ciąży (lub tylko tak o sobie myślą), więc żyją w strachu, że do dań może być po kryjomu dodawana, nie daj Boże, śmietana 30% tłuszczu. Czy tacy jak ja. Więc niczego w życiu nie boję się bardziej (dobra, jest jedna rzecz, ale o tym kiedy indziej) niż tego, że mogłabym być gruba i musieć iść na jakąś głodową dietę, chodzić na fitness, za którego układami nie nadążam, kiedy przez lata przywykłam do małotłuszczowej (Lay’s tylko z pieca!) diety węglowodanowej, czyli w dobrych, normalnych czasach: jesz ile chcesz, czyli ile wlezie.

Idziesz bulwarem, dookoła pełno knajp, barów, restauracji, jakieś bistro, a w nich Rosjanie i emeryci. I ty. Na samym początku omijamy wszystkie hiszpańskie paelle (są ostre lub mają zbyt intensywny smak w inną stronę), owoce morza (większości nie lubię), na gazpacho jednak trochę zbyt chłodno (to ma jakieś kalorie?), całej nogi jamon raczej na 8 piętro nie wniosę, bo nie zmieści się do windy (białko jest lepsze w proszku), calamari są dość tłuste i szybko stygną, tortilla też ocieka olejem, a po chorizo zostaje niemiły smak na cały podjazd i pół wieczoru (może jednak pomiędzy tymi emerytami da się z kimś umówić?). Także jeśli łączysz wakacje z jako takim powrotem do jeżdżenia, to typowo miejscowe dania można zjeść tylko w dzień wolny, bo znowu będzie powtórka z nawrotki do domu po 25km, spowodowanej świątecznym pasztetem z sernikiem w zbyt dużej ilości. Jak nie patrzył, na śniadanie pozostaje musli owsianka i cytat z karetki z filmu „Wielcy przegrani”, czyli „do końca Giro zjemy więcej bananów niż małpa przez całe życie”.

Każde zadrapanie w gardle, każde mrowienie w ręce, każda ukłucie w kolanie i każdy mikrouraz w udzie, czyli każdy sygnał nadchodzącego osłabienia włącza, jak to mówi Sławek Niciński, survival mode (takie życie na tykającej bombie) i nakazuje mi zjeść właśnie banana, kilka innych owoców, 3 jabłka i marchewkę, a jak poczuję się choć trochę głodna to zakupy zjadam zanim doniosę je do domu. A to oddala jeden problem: zużycie zawiasów w lodówce. I tak właściwie gdyby nie kolarstwo to ja nigdy nie umiałabym gotować… ani upiec ciasta bez cukru czy nawet z nim (Magda – pozdrawiam Twój kopiec kreta :)) Choć moja mama widząc ostatnio jak zabieram się za tartę wygłosiła lekko załamana: „ty to umiesz tylko jeździć na rowerze i robić zdjęcia”. A przecież to i tak dużo talentu jak na jedną osobę!

I tu przypomina mi się scenka przez lat. Sąd okręgowy. M. w komicznodramatyczny sposób tłumaczy dlaczego nie chce już być ze swoją żoną. A to siedzi z rękoma na głowie, a to macha nimi jak poparzony uciekający z pożaru, obiecuje oddać wszystko co ma, ale po raz kolejny rozpaczliwie prosi o święty spokój. Zawsze byłam pewna, że w sytuacji powinięcia się nogi na polu zawodowym na pewno znajdzie pracę w teatrze, ale lepiej gdyby od razu cv wysłał do cyrku. Sędzia jest nieugięta i dalej rzuca pytaniami. Ile razy w tygodniu jeździ pan rowerem. Odpowiada, że od pięci do siedmiu. Co pan wtedy je w domu? Obiad, który sam gotuję, bo knajpy są niezdrowe. A więc małżonka nie gotuje obiadów? Nie. A czy nowa partnerka gotuje? Tak. Jak się z nią widzę i wracam z treningu to obiad stoi na stole. W innym wypadku nie. A czy panu to smakuje? I on wtedy mówi, że NIE BARDZO, ale co mam zrobić? Na mieście nie ma zdrowego jedzenia. I wszyscy w ryk.

Na szczęście lata mijały i po zakupieniu „The Grand Tour Cookbook” i „The Sports Cookbook: The Complete Nutritional Guide for Athletes” oraz jakiegoś tam jeszcze innego wydania, gdzie głównym składnikiem każdego dania był topinambur, moje zdolności kulinarne wzrosły do dość zadowalającego poziomu. Szkoda tylko, że jak ostatnio poszłam do Mercadony (z racji na najlepszy sos pomidorowy jest to mój ulubiony market na świecie!) przez 2 plaże i 2 bulwary, co daje 1.5km w 1 stronę, spędziłam w niej godzinę by wybrać wszystko co mi potrzebne do zrobienia 5 dań dziennie i 2 do podjadania w nocy, to okazało się, że nie wzięłam portfela (za to wzięłam aparat fotograficzny, statyw do niego, iPoda wraz z ładowarką, powerbank, Garmina i książkę do czytania). Zawsze (czyli średnio 2x w tygodniu) gdy dzieje się to w Żabce pod blokiem, po prostu zabieram zakupy i mówię, że wieczorkiem będę szła z pieskiem na spacer to doniosę” i kobieta macha ręką, co znaczy, że załatwione. Ostatecznie pół dnia minęło i odstawiłam zrobiony obiad na balkonie. Chwila nieuwagi, przychodzę, a jego nie ma! Taki numer czasem robił mi Freddie. Tu czułam się nadzwyczaj bezpieczna, bo nie wpadłabym na to, że makaron wydziobie mi mewa. Została więc paella w barze przy promenadzie… i siedzisz taki w lekkich nerwach, bo czekasz za długo, a jak za długo będziesz głodny TO… SIĘ ROZCHORUJESZ. Życie na tykającej bombie. Potrwa to jeszcze z miesiąc. Potem powinna nadejść normalność…



Polub stronę na Facebooku i bądź na bieżąco z nowymi wpisami i zdjęciami :)

 


2 komentarze do “Calpe – zmagania z kuchnią”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *