5 tygodni przed Tour de Pologne 2016

5 tygodni przed Tour de Pologne 2016

Wpis z sierpnia 2016

Było już naprawdę spoko. Wszystko wróciło do normy. Była wiosna i wszystko co fajne z nią związane. Miałam wydrukowane zdjęcie z Tatr w formacie 50×70. Ale to jeszcze nie była prosta. (Prosta jest chyba dopiero teraz). Ale pojechałam na swój pierwszy, szosowy „wyścig”.

Zacznę intrygująco. Tylko wtedy ktoś to przeczyta. Mogę stwierdzić, że trzecie miejsce wśród kobiet było do ogarnięcia. SERIO! (nie, nie było! SERIO.). Wyjaśnię potem dlaczego tak myślę. Dużo czytania. Sporo się działo. Dwa wpisy połączone w jeden. Tu info dla osób, które zawsze lubiły czytać moje teksty 🙂 w końcu uruchomię tego wyczekiwanego przez Was bloga! 😉 (P.S. 2017 Nie chciało mi się pisać, zakładać żadnych stron, ale teraz już NIECH WAM BĘDZIE. Kolarstwo za bardzo zdominowało moje życie i przyda się jakieś miejsce gdzie zostaną przechowane najciekawsze wspomnienia).

Właściwie to nie było do ogarnięcia, a byłoby. Byłoby gdybym pojechała to 5 tygodni temu (nie, nie byłoby, NIGDY 🙂). Bo właśnie pięć tygodni ciągnie się ten pierdolony koszmar. Pięć tygodni temu byłam na ostatnim normalnym rowerze. Wtedy właśnie, ciągnąć 37km pod bardzo mocny wiatr, pomyślałam, że jest jeszcze 5 tygodni, a że wcześniej z każdym było lepiej to BĘDZIE SUPER. Bo oczywiście ludzie najbardziej roztropni na swój pierwszy szosowy start (na starcie jakimkolwiek innym byłam 11 lat temu) wybierają trasę mocno górską, którą w telewizji nazywają „arcytrudną” (wcale taka nie jest, nie jest taka, bo jest po prostu krótka). Najpierw dwa tygodnie zapalenia oskrzeli. Kaszel odbierający zmysły. A ja tych zmysłów nie miałam jakoś zbyt dużo. Nie było czym szastać. Można się wściec. Pierwsze (z trzech) skierowanie do szpitala (jedno uprałam wraz z koszulką rowerową, bo siedziało w kieszonce na plecach). Najpierw spada wydolność, potem znika siła z nóg (teraz jest odwrotnie 🙂). Przez ostatni rok nie byłam nawet przeziębiona. Nie umiem się odnaleźć, bo od czasu odejścia z pracy przecież nie chorowałam. Praca nieruszona i wszystko się piętrzy. Na wszelki wypadek wyłączam telefon. Boję się, że zadzwoni jakiś klient. Mogę zjeść tylko zmiksowany obiad. Na widok normalnego jedzenia coś mną rzuca. Nie śpię w nocy i nadrabiam w dzień. Ostatecznie tracę poczucie czasu. Non stop w nerwach (co z pracą? Co z firmą? Co z klientami? Czy ktoś przyniesie mi jakieś jedzenie? Dlaczego do łazienki jest tak daleko? Dlaczego ta kołdra jest taka ciężka i mokra? Dlaczego mam tak wysoką gorączkę? Gdzie ja w ogóle jestem? 39,2 stopnia, Pogotowie: nie przyjeżdżamy do gorączki). Tracę czucie w lewej stronie ciała. Super. Cały czas sama w mieszkaniu, bo Freddie u rodziców. Nie wiem czy umiem napisać jak bardzo byłam wściekła, jak bardzo było mi przykro i ile godzin z ostatnich 5 tygodni przepłakałam. Z takiej czystej, pierdolonej ludzkiej bezsilności na wszystko i chyba najbardziej na służbę zdrowia. I na to, że nikt nie podaje mi tej mitycznej szklanki wody, choć jeszcze nie jestem na etapie „na starość”. Chyba nie jestem na żadnym etapie żadnego życia. Może gdyby ktoś ze mną wtedy był to szybciej bym wyzdrowiała. Wróć. Nie chorowała.

Jednej nocy zaniosłam kołdrę do łazienki, wiedząc, że nie dojdę tam zbyt szybko jak osłabienie powróci i spałam tam trzy dni. (W szpitalu nie było akurat wolnych łóżek, choć ktoś nawet przebąkiwał, że powinnam zostać.) W międzyczasie, a czasem są dwa lepsze dni i potem nawrót tego cyrku, próbuję… jeździć rowerem. Na tekst „przecież nie musisz tam jechać” zaczynam reagować tylko wyższą gorączką (teraz nie pamiętam dlaczego tak się uparłam). Sama w domu też dłużej nie wytrzymam. 2h jazdy wymagają potem kilkunastu godzin snu. Kroplówki. Proszę nie wyjmować wenflonu. Na rower pójdę więc późnym wieczorem, a to szpitalne naznaczenie schowam pod cienką bluzą. Sprytne. Średnia 23km/h. Niezła. Szybciej jeżdżą czołgi po lesie. Kilka razy wracam do domu metrem (teraz jeżdżę metrem jak kończy mi się czas treningu i nie widzę w tym nic dziwnego). Przypomina mi się jak Freddie kiedyś w tym metrze zwymiotował. Czy teraz będzie większy wstyd? A może zacząć wozić jakąś torebkę ze sobą? Miewałam sny, że cały peleton odjeżdża (teraz już wiem, że to nie sen… że takie rzeczy dzieją się naprawdę hahaha), a ja zostaję sama na końcu. Determinacja rośnie. Siły spadają. W końcu dochodzę do siebie. Kilka dni i przy odpowiednim zaciśnięciu zębów da się jeździć bez dużego zaplucia. Da się utrzymać w grupie, zdobywać QOMy i umówić z kolegami. Fajnie. Znajomi to coś innego niż widok sufitu w mieszkaniu. Konstruuję plac C, skoro A i B już upadły. Realizuję go. Nadchodzi NAJLEPSZE. Crème de la crème. Wisienka na torcie.
Zapalenie nerek. Poziomu bólu nie da się opisać. Te oskrzela chociaż nie bolały. No… nie aż tak. Resztę objawów można doczytać w internecie. Kolejny antybiotyk zmienia mnie w coś jakby roślina, która prędzej zgnije niż zakwitnie. Może dlatego, że zdiagnozowano boreliozę. Ostatecznie nieprawdziwą. Jakieś 150 osób na ślubie/weselu (robię zdjęcia, nie dało się znaleźć zastępstwa) pyta się mnie czy się dobrze czuję i czy nie chcę sobie posiedzieć. Chcę. Serio. Posiedzieć. Cokolwiek. Chcę żeby ze mną ktoś pojechał do domu i zrobił mi kanapkę. Po pracy śpię 20h. Ktoś z gości weselnych powiedział mi, że mam niezadowoloną minę. Teraz, choć dalej staram się być kulturalna, jakby mi ktoś tak powiedział, odpowiedziałabym coś na pograniczu dyplomacji i chamstwa, czyli „spierdalaj”.

Chciałam przez te nieziemsko długich 5 tygodni ktoś dał mi tą zasraną wodę i zaparzył herbatę (tak, tak, dopiłabym do końca, wspominałam o tym, że zawsze dopijam?) czy powiedział jaką mamy datę. Słyszałam gdzieś, że jak się ma kogoś bliskiego to można przejść przez wszystko suchą stopą, a nie w kółko brodzić po śmierdzącym bagnie w klapkach typu japonki. Zapomniałam zabrać leków przeciwbólowych do pracy. Kalkuluję ile waży plecak foto na kompletnie obolałych plecach (nerki są na plecach tak btw.). Przy własnej firmie nie ma czegoś takiego jak L4. Ale bywają dni lepsze. Znaczy nie dni, a godziny. Przy odpowiednich lekach da się wyjść na 30km, tak by nogi nie zapomniały jak się nimi rusza. Bo ile można siedzieć w domu? To jest już czwarty tydzień. To jest plan D. Antybiotyk kończę w środę. Wyścig jest w niedzielę. Wejście po schodach na piętro mnie wykańcza i upuszczam Freddiego z rąk. Drze się jakby się połamał. Ja drę się głośniej, bo to przecież mój ukochany piesek. Ale wreszcie mogę jeść, więc jem non stop. NON STOP. Wszystko co mi wpadło w ręce. Trzy paczki krakersów. Ok. Kilogram mięsa. Może być. Siedzę oparta o kilka miękkich poduszek (nerki nie przestają boleć zbyt szybko) i jem. Nadrabiam powoli stracone 6kg, ale udaje mi się zdobyć tylko dwa. Ostatecznie 50kg (przy 166cm). Do jazdy po górach mogłabym tyle ważyć (teraz nie jestem w stanie zejść poniżej 53kg). Na warszawskim etapie TdP zauważam, że ostatniemu zawodnikowi ludzie też biją brawa i robią zdjęcia. Kolega tłumaczy mi, że powinnam jechać, bo to fajna impreza, a w tłumie to nawet nie wyjdę ze strefy tlenu. Jak tylko samochód da się naprawić, bo ten oczywiście się psuje, to pojedziemy (kiedyś zepsuł się w środku gór, na pustkowiu, w Rumunii. Wcześniej chyba w Rzeszowie. Pamiętam w jakim spokoju zen jadłam chipsy za chipsami czekając na jego naprawę 🙂).



Polub stronę na Facebooku i bądź na bieżąco z nowymi wpisami i zdjęciami :)

 


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *